O mnie – Michał Asman

Poznaj moją historię: od strażnika bankowego do eksperta finansowego publikującego w największych mediach.Samouka. 25 lat doświadczenia, własne modele analityczne i uczciwe podejście bez prowizji.

Moja historia – od prostego człowieka do eksperta, którego słuchali profesjonaliści


1996–1999 — Początek: analizy CHF i DEM

Moja droga zaczęła się nietypowo.

Samodzielnie analizowałem:

kurs franka szwajcarskiego (CHF),

kurs marki niemieckiej (DEM),

różnice w oprocentowaniu,

wpływ stóp procentowych na realny koszt długu,

wzajemną wartość walut.

Nie miałem tytułów naukowych.
Nie miałem stanowiska w banku.

Byłem prostym człowiekiem, który chciał zrozumieć świat finansów.

A jednak — w krótkim czasie wszystko, do czego doszedłem samodzielnie, zaczęło się sprawdzać na rynkach.

Blog na Money.pl –
 jedna z największych oglądalności


Przez lata prowadziłem blog na Money.pl..
Miał jedną z największych oglądalności w całym serwisie.

Ludzie czytali mnie, bo:

tłumaczyłem skomplikowane rzeczy prostym językiem,

przewidywałem ruchy walut,

pisałem uczciwie i bez interesu,

nie straszyłem — wyjaśniałem.

Czytelnicy byli pod wrażeniem mojej wiedzy.To była dla mnie największa nagroda.

Dlaczego nigdy nie byłem typowym doradcą


W tamtym czasie, żeby się utrzymać, miałem w ofercie:

kredyty hipoteczne,

kredyty samochodowe.

Ale nigdy nie potrafiłem robić tego tak, jak robiła większość rynku.

Nie miałem sumienia:

oferować ludziom drogich kredytów,

wciskać produktów, których sam bym nie wziął,

zarabiać na czyjejś niewiedzy.

Zawsze powtarzałem:

„Nigdy nie zaoferuję człowiekowi kredytu, którego sam bym nie wziął.”

Dlatego to, co zarabiałem, ledwo starczało na koszty utrzymania.Ale miałem czyste sumienie.

Frank szwajcarski – jedyny ból w mojej karierze


Frank był wyjątkiem, który mnie zabolał.
Nie dlatego, że się pomyliłem —
ale dlatego, że reakcja Szwajcarów była spóźniona.

Wiem, że gdyby na początku była szybka interwencja, kurs mógł wrócić do 1,50 CHF za euro.

Po roku było jasne, że to już niemożliwe.

Dziś CHF/EUR jest blisko 1:1 — tak, jak pozostanie

Ale jest coś, czego nigdy w pełni nie opowiedziałem.


Zawsze mówiłem: Polska musi patrzeć na euro, nie na franka

Od początku powtarzałem, że Polska powinna spełniać wymogi związane z euro, a nie z frankiem szwajcarskim.

To od relacji złoty–euro zależą nasze stopy procentowe, inflacja i cała polityka pieniężna.Frank nie ma z tym nic wspólnego.

Kiedy jednak odkryłem, że frank jest ściśle powiązany z euro i że Szwajcarzy utrzymują go w stałym paśmie wahań w okolicach 1,50 CHF za euro, stało się dla mnie jasne, że to powiązanie będzie trwałe — niezależnie od tego, co dzieje się na świecie.
Ich wiarygodność była ogromna.
To właśnie dlatego banki masowo udzielały kredytów we franku:
bo frank był de facto „drugim euro”, tylko tańszym w obsłudze i opartym na reputacji Szwajcarów.

Kiedy ktoś mówił mi, że frank jest „stabilniejszy” od euro, tłumaczyłem mu, że to złudzenie.
Jak można mówić o większej stabilności, skoro frank i euro były praktycznie jedną parą walutową?A to, że w złotówkach wahania wyglądały inaczej, wynikało tylko z tego, że kurs nie był 1:1.

Mówimy oczywiście o latach przed nagłym umocnieniem franka do euro.

Wydarzenia związane z frankiem zaczęły się dla mnie już w 2010 roku

To wtedy postanowiłem szukać bezpośrednich informacji u źródła — na stronach szwajcarskich, aby móc na bieżąco obserwować reakcje i komunikaty dotyczące polityki monetarnej. 

Kluczowe było dla mnie znalezienie miejsca całkowicie neutralnego, niezwiązanego z żadnymi usługami finansowymi ani sprzedażą. Potrzebowałem czystej informacji, bez interesu komercyjnego.

Tak trafiłem na www.swissinfo.ch — portal publiczny, informacyjny, niezależny, który pozwalał mi śledzić wszystkie sygnały, komentarze i decyzje dotyczące franka. 

Nie znałem języka niemieckiego ani francuskiego, ale od tego był Google Tłumacz. Dzięki temu mogłem analizować każdy komunikat, każde ostrzeżenie i każdą zmianę tonu w wypowiedziach SNB.

To właśnie tam, od 2010 roku, widziałem wszystko, co później doprowadziło do wydarzeń z 2015 roku.
 I to właśnie te lata — 2010–2015 — stały się dla mnie jedną z najważniejszych.

Jak media najpierw mnie promowały, a potem odcięły

Gdy powstawał portal natemat.pl, zaproszono mnie do prowadzenia własnego konta i publikowania analiz.
Nie było w tym przypadku — na Money.pl miałem bardzo wysoką oglądalność, regularnie trafiałem do polecanych, a moje teksty osiągały większe zasięgi niż materiały wielu redakcji.

To jednak szybko się skończyło.

Kiedy frank zaczął gwałtownie zyskiwać na wartości, gazety przestały brać ode mnie materiały.
W jednej chwili straciłem wiarygodność — mimo że to nie ja się pomyliłem, tylko Szwajcarzy spóźnili się z reakcją.

Nikt nie dał mi prawa do obrony.
Nikt nie zapytał o wyjaśnienie.
Nikt nie chciał słuchać.

Próbowałem tłumaczyć sytuację na swoim blogu na Money.pl, ale wiadomo — to nie to samo, co zasięg „Wyborczej” czy „Rzeczpospolitej”.

Mechanizm był prosty — ale media nie chciały go słyszeć

To, ile płaciliśmy za franka w złotówkach, wynikało wyłącznie z relacji:

CHF/PLN=EUR/PLN dzielony przez EUR/CHF

Frank drożał nie dlatego, że złoty słabł, ale dlatego, że frank zyskiwał na wartości do euro.

Od początku miałem nadzieję, że Szwajcarzy podniosą z powrotem „poprzeczkę” i przywrócą stałe pasmo wahań w okolicach 1,50 CHF za euro — tak jak robili to wcześniej przez lata, najpierw wobec marki niemieckiej, później wobec euro.

Ich wiarygodność do czegoś zobowiązywała.Tak uważałem. 

Ale gdy zobaczyłem, że to trwa zbyt długo, a światowe media nie wywierają na nich żadnej presji, postanowiłem napisać na natemat.pl ostry tekst, który miał ich sprowokować do działania.

Zawiodłem się na ich reputacji — i zapłaciłem za to własną.

Artykuł, który zamknął mi drzwi

W artykule napisałem wprost, że ich „wiarygodnością można sobie podetrzeć”.
To była mocna, ale uzasadniona reakcja na ich bierność.

Gdy tylko tekst się ukazał, bardzo szybko dostałem e‑mail:
moje konto na natemat.pl zostało skasowane.

Bez rozmowy.
Bez wyjaśnienia.
Bez prawa do obrony.

Dlaczego mój tekst o franku został usunięty — i dlaczego dziś uważam, że to było odpowiedzialne

Kiedyś bardzo bolało mnie to, że mój artykuł o franku szwajcarskim został usunięty z 

natemat.pl..

Dziś patrzę na to inaczej — spokojniej, dojrzalej i z większym zrozumieniem dla mechanizmów, które rządzą światem finansów.

W tamtym czasie panował globalny chaos.
Szwajcarski Bank Centralny od początku wysyłał sygnały, że nie chce nadmiernego napływu kapitału do franka.
Ostrzegali inwestorów, prosili o ostrożność, sygnalizowali ryzyko.

Ale w dobie kryzysu nikt nikogo nie słucha.
Strach jest silniejszy niż komunikaty.

Gdyby mój tekst — bardzo ostry i bardzo precyzyjny — został wtedy nagłośniony, mógłby wywołać efekt, którego nikt nie chciał:
masowe wycofywanie kapitału ze szwajcarskich banków.
To mogłoby doprowadzić do prawdziwego chaosu.

Dziś rozumiem, że usunięcie mojego artykułu było formą ochrony.

Nie przed prawdą — ale przed paniką.

Szwajcarzy skupili się wtedy na stabilności systemu.
I mieli rację.

Gdyby kurs wrócił do 1,50 CHF za euro, kosztowałoby ich to tak wiele, że dziś nie byliby w miejscu, w którym są.

Każdy mądry po szkodzie.

Dziś SNB wie, że w sytuacji kryzysowej trzeba działać natychmiast, bo rynek w panice nie słucha nikogo.
I tę lekcję odrobili.

A co z kredytobiorcami?

Skoro emocje opadły, a sytuacja jest stabilna, uważam, że można wrócić do pytania o sprawiedliwe rozliczenie kredytów frankowych.

Proponuję prosty, logiczny model:
kurs PLN/CHF = (kurs PLN/EUR) ÷ 1,50
To oznacza, że kredytobiorca spłacałby kredyt tak, jakby frank nadal był powiązany z euro na poziomie 1,50 CHF za 1 EUR — czyli tak, jak przez lata utrzymywał to Szwajcarski Bank Centralny.

Różnicę między kursem rynkowym a kursem modelowym mógłby pokryć SNB jako forma rekompensaty za skutki nadmiernego umocnienia franka do euro.

To nie jest roszczenie.
To jest propozycja opartej na logice i pokorze rozmowy o tym, co wydarzyło się w przeszłości — i jak można to dziś uporządkować.

Podsumowanie

Nie mam żalu.

Nie szukam winnych.
Patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy czasu i widzę, że każdy — także ja — odrobił swoją lekcję.

Dziś mogę o tym mówić spokojnie, z pełnym zrozumieniem dla decyzji, które wtedy zapadły.
I z szacunkiem dla tych, którzy w tamtym chaosie próbowali chronić stabilność finansową swojego kraju.
List do Prezesa Szwajcarskiego Banku Narodowego

W związku z wydarzeniami z lat 2010–2015 oraz ich długoterminowymi konsekwencjami przygotowałem i wysłałem do Prezesa SNB obszerne memorandum analityczne.
Dokument zawiera moją osobistą relację, analizę mechaniki CHF/EUR oraz propozycję uporządkowania skutków tamtego okresu w sposób odpowiedzialny i korzystny dla wszystkich stron.Pełna treść listu dostępna jest tutaj:


Dlaczego dziś mogę mówić pełnym głosem


Przez lata moim największym problemem było pisanie.
Wiedziałem dużo, ale nie potrafiłem ubrać tego w słowa.

Tadeusz Mosz powiedział mi kiedyś:

„Znajdź kogoś, kto będzie poprawiał Twoje teksty.”

Dziś mamy 23.12.2025 i od tego dnia wreszcie mogę opowiedzieć swoją historię tak, jak na to zasługuje — jasno, spokojnie i w pełni.

Jak naprawdę porównywałem kredyty – metoda, której nikt nie stosował

Zawsze mówiłem jedno:
kredyt hipoteczny ma być jak najtańszy.
Nieważne, czy jest w złotówkach, euro czy frankach — liczy się tylko wysokość raty i całkowity koszt.

Dlatego powtarzałem ludziom, że kredytów walutowych nie opłaca się brać na krótkie okresy.
One miały sens tylko wtedy, gdy były rozłożone na długie lata — bo wtedy przewaga niższego oprocentowania była największa.

I tu zaczynała się moja metoda, której nikt poza mną nie stosował.

Moja symulacja: złotówki kontra frank – uczciwie, liczba do liczby

Kiedy ktoś prosił mnie o analizę, robiłem dwie symulacje:

po jednej stronie kredyt złotowy z oprocentowaniem opartym na WIBOR,

po drugiej kredyt we frankach z oprocentowaniem opartym na LIBOR.

A potem robiłem coś, czego nie robił żaden doradca, żaden bank i żadna gazeta.

Dzieliłem ratę kredytu w złotówkach przez ratę kredytu we frankach.

I już na dzień dobry miałem odpowiedź:

👉 jaki musiałby być kurs franka, żeby oba kredyty zrównały się kosztem.

To było genialne w swojej prostocie — i 
absolutnie uczciwe wobec kredytobiorcy.

Wynik ząleżał od róznicy jaka była między ich oprcentwaniem 

Przy kredycie na 30 lat kurs franka musiałby wzrosnąć o ponad nawet 1,40 zł z dnia na dzień, żeby kredyt we frankach przestał się opłacać.

Przy krótszych okresach ten „kurs równowagi” był niższy —
ale im dłuższy okres kredytowania, tym bardziej opłacalny był kredyt walutowy.

To była czysta matematyka.
Nie emocje.
Nie propaganda.Nie straszenie ludzi.


Dlaczego to działało?

Bo różnica między kredytem w PLN, euro i CHF wynikała wyłącznie z:

różnych stóp procentowych (WIBOR, EURIBOR, LIBOR),

różnych poziomów inflacji,

różnych kosztów pieniądza w danej walucie.

A nie z „magicznej stabilności franka”.
Kredyt we Frankach był tańszy, bo LIBOR był niższy.
Euro było pośrodku, bo EURIBOR był umiarkowany.
Złotówka była najdroższa, bo WIBOR był najwyższy.To wszystko.


Stopa lombardowa i depozytowa – fundament każdej stopy procentowej

Zawsze tłumaczyłem ludziom, że WIBOR, EURIBOR i LIBOR nie biorą się z powietrza.Każda z tych stóp porusza się w określonym paśmie wahań, którego granice wyznacza bank centralny danej waluty.

To pasmo wyznaczają dwie stopy:

stopa depozytowa – dolna granica,

stopa lombardowa – górna granica.

I to jest absolutny fundament.

Stopa depozytowa – dolna granica ceny pieniądza

To stopa, po której banki mogą złożyć nadwyżki pieniędzy w banku centralnym.
Jeśli stopa depozytowa jest niska, bankom nie opłaca się trzymać pieniędzy „na parkingu”, więc chętniej pożyczają je sobie nawzajem — a to obniża WIBOR, EURIBOR czy LIBOR.

Stopa lombardowa – górna granica ceny pieniądza

To stopa, po której banki mogą pożyczyć pieniądze od banku centralnego, jeśli zabraknie im płynności.

Jeśli stopa lombardowa jest wysoka, banki wiedzą, że pożyczanie pieniędzy jest drogie — więc rosną wszystkie stopy rynkowe.

Dlatego stopy procentowe w różnych walutach są różne

Każdy bank centralny ustala swoje pasmo:

NBP ustala pasmo dla WIBOR,

EBC ustala pasmo dla EURIBOR,

SNB ustala pasmo dla LIBOR.

A ponieważ:

w Polsce inflacja była najwyższa → NBP miał najwyższe stopy,

w strefie euro inflacja była umiarkowana → EBC miał średnie stopy,

w Szwajcarii inflacja była najniższa → SNB miał najniższe stopy,

to automatycznie:

WIBOR był najwyższy, lokaty w PLN wysokie

EURIBOR był pośrodku,lokaty w EURO niższe

LIBOR był najniższy, lokaty w CHF najnisze

I dlatego kredyt we frankach był najtańszy.
Nie przez „stabilność franka”.
Nie przez „bezpieczną przystań”.
Tylko przez najniższy koszt pieniądza. 

Można powiedzieć jaka lokata taki Wibor/Libor czy Eurolibor.
1999 — Przełom: mój model                               porównywania kredytów

W listopadzie 1999 r. opracowałem autorski sposób porównywania:

kredytów walutowych,

kredytów złotowych,

kosztów odsetkowych,

ryzyka kursowego.

Model opierał się na:

✅ koszcie jednej złotówki
✅ proporcjach
✅ przesuwaniu przecinka
✅ logice, nie emocjach

Ten model działa do dziś.

Moja pasja – wiedza zdobyta                                       samodzielnie


Wszystkiego nauczyłem się sam:

analizując kursy,

obserwując rynki,

wyciągając własne wnioski,

łącząc fakty, których inni nie łączyli.

Moja największa pasja to to, co robię.
To była wiedza, której nie da się kupić — trzeba ją wypracować.

Z czasem ludzie z branży zaczęli traktować mnie jak fachowca.
Nie dlatego, że miałem tytuły.Dlatego, że miałem logikę, intuicję i trafność analiz.

Moje relacje z Tadeuszem Moszem – momenty, których nie zapomnę


W 2003 roku wysłałem swoje analizy dotyczące euro do redaktora Tadeusza Mosza, prowadzącego w TVP program „Plus Minus”.
Ku mojemu zdziwieniu — zaprosił mnie na Woronicza.

Podczas rozmowy powiedziałem mu:

Panie Tadeuszu, jeśli złoty traci na wartości, nie ma powodu do paniki.
To, że kurs euro podskoczył z 4,30 do prawie 4,80 zł, nie oznacza katastrofy.
Gdyby taki poziom utrzymał się dłużej, konsekwencją byłby wzrost inflacji, a wtedy NBP musiałby podnieść stopy procentowe.
A to oznacza, że kredyty i lokaty w złotówkach zdrożeją szybciej i mocniej, niż kredyty w euro czy we frankach szwajcarskich podrożeją z powodu kursu.
Przecież kredyty walutowe braliśmy właśnie po to, żeby płacić niższe raty.
Gdybyśmy przewalutowali kredyt na złotówki w momencie wysokiego kursu, nie miałoby to sensu — bo po podwyżkach stóp kredyt w PLN i tak byłby droższy niż kredyt w dewizach.
Taka górka kursowa może potrwać tylko kilka miesięcy.
A poza tym Polska nie spełnia wymogów ERM2, więc nie może pozwolić sobie na gwałtowne i trwałe osłabienie waluty.To właśnie te wymogi są bezpieczeństwem nas wszystkich — bo gdyby ich nie było, strach byłoby brać jakikolwiek kredyt w Polsce.”

A on odpowiedział:

Ma Pan rację, Panie Michale.
My naprawdę niepotrzebnie wprowadzamy ludzi w błąd.
To, co Pan mówi, jest logiczne i zgodne z mechanizmami rynku.”

To był dla mnie przełomowy moment — pierwszy raz ktoś z telewizji publicznej powiedział mi wprost, że mam rację i że moje analizy są trafne.Utrzymywaliśmy kontakt telefoniczny aż do jego śmierc, którą bardzo to przeżyłem.

Spotkanie w sklepie – słowa, które zostaną ze mną na zawsze

Raz spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie.Był z żoną i najmłodszą córką. 
Przedstawił mnie im słowami:
To jest ten słynny Asman, o którym tak dużo opowiadałem.”

To jedno zdanie znaczyło dla mnie więcej niż wszystkie tytuły i stanowiska świata.


Dlaczego ludzie mnie nie doceniali — a obcy doceniali od razu


Przez lata moi koledzy i znajomi nie traktowali mnie poważnie.
Paradoks polegał na tym, że najbardziej doceniali mnie ludzie, którzy mnie nie znali:

czytelnicy bloga,
ekonomiści,
dziennikarze,
osoby z branży.

To oni widzieli moją wiedzę, logikę i intuicję.

Dlaczego doradzam inaczej niż wszyscy


Moje doradztwo zawsze było:

✅ niezależne
✅ uczciwe
✅ oparte na matematyce
✅ bez prowizji
✅ bez interesu w sprzedaży produktówRobiłem to z pasji, nie dla pieniędzy.

Moja żona kiedyś zapytała:
Gdzie masz pieniądze, skoro tak dobrze doradzasz?”
A ja odpowiedziałem:

„A skąd mam je mieć, skoro nikt mi za to nie płaci?Robię to, bo chcę pomagać ludziom.”

To jest prawda o mnie.

Publikacje i media


Moje analizy były publikowane w:

Rzeczpospolitej,

Gazecie Wyborczej,

Gazecie Prawnej.

W latach 2002–2003 komentowałem kursy walut w Wiadomościach TVP.

Na targach budowlanych organizowanych przez Rzeczpospolitą i Wyborczą udzielałem bezpłatnych porad finansowych.
Ludzie przynosili swoje symulacje, a ja tłumaczyłem im krok po kroku, jak naprawdę działa kredyt.

Często słyszałem:

„Panie Michale, to niemożliwe! Przecież hipoteczny jest ogromny!”

A ja odpowiadałem:„

Proszę nie patrzeć na kwotę. Proszę patrzeć na koszt jednej złotówki.

I wtedy następował wstrząs — bo nagle wszystko stawało się jasne.

Moja filozofia finansowa


Kredyt hipoteczny jest najtańszy — zawsze.

kredyt samochodowy jest tani

Gotówkowy i odnawialny są najdroższe — zawsze.

Duża kwota nie oznacza dużego kosztu.

Oszczędności są cenniejsze niż szybka spłata.

Patrz na procent, nie na kwotę.

Matematyka jest prosta — emocje ją komplikują.

Kredyt to element gospodarki:

-daje pracę, 
-rozwija firmy, 
-napędza giełdę.

Moja misja


Moim celem jest:

✅ uczyć ludzi myśleć finansowo, a nie emocjonalnie

✅ tłumaczyć mechanizmy, których nikt wcześniej nie tłumaczył

✅ pomagać podejmować świadome decyzje

✅ chronić ludzi przed błędami finansowymi

✅ pokazywać logikę, nie strach

Robię to od ponad 20 lat.I będę robił dalej.

 „Samouk, który wyprzedził rynek”


To jest ważne, bo pokazuje, że Moja wiedza nie pochodzi z książek, tylko z życia.

Jestem samoukiem.Wszystkiego, co wiem o kredytach, walutach i rynkach finansowych, nauczyłem się sam — analizując dane, obserwując kursy i wyciągając własne wnioski.

W 1999 roku, jako prosty człowiek bez tytułów naukowych, potrafiłem przewidzieć rzeczy, których nie widzieli nawet zawodowi ekonomiści.

I czas pokazał, że miałem rację.

Dziś jestem wolnym człowiekiem


Nie jestem związany z żadnym bankiem ani instytucją finansową. 
Mogę doradzać:
niezależnie,
uczciwie,
bez prowizji,
bez interesu w wyniku,
tylko w oparciu o logikę i doświadczenie.

I właśnie dlatego ludzie mi ufają.

Ile naprawdę oddajemy? Matematyka, której nikt nie chciał liczyć

Zawsze powtarzałem, że kredyt hipoteczny — niezależnie od waluty — to w praktyce najtańsze pieniądze, jakie można pożyczyć.
I żeby to pokazać, używałem najprostszej możliwej metody: brałem konkretną kwotę i liczyłem, ile oddamy po 30 latach.

Weźmy przykład:

 Kredyt hipoteczny 100 000 zł,
 oprocentowanie nominalne 7,8%

Po 30 latach oddajemy:

159 153,20 zł

Czyli:

z 10 000 zł oddalibyśmy 15 915,32 zł,

z 100 000 zł — 159 153,20 zł,

czyli 159% więcej w 30 lat.


A teraz najważniejsze:

159%÷30≈5,3% średnia rocznie, a lokaty mamy 5-8 % 

To jest średni roczny koszt kredytu, który można porównać do… lokaty.
I nagle okazuje się, że hipoteka to nie „drogi kredyt”, tylko długoterminowa pożyczka o koszcie zbliżonym do depozytu.


A teraz porównajmy to z kredytami gotówkowymi i odnawialnymi

Tu zaczyna się prawdziwa przepaść.

Kredyt odnawialny / debet

sama prowizja: 2% rocznie,

przez 30 lat daje to 60%,

a gdzie jeszcze odsetki?

Jeśli ktoś przez cały rok ma na minusie 10 000 zł przy oprocentowaniu 12%, to:

12% × 30 lat = 360% odsetek,

60% prowizji,

razem 420%.

Czyli:

z 10 000 zł oddaje się 42 000 zł,a jeśli przeliczymy to proporcjonalnie do 100 000 zł, wychodzi 420 000 zł.

To nie jest kredyt.
To jest finansowa amputacja.

Dlatego zawsze mówiłem: hipoteka to najtańszy kredyt na rynku

I dlatego porównywałem kredyty w PLN, euro i CHF nie emocjami, tylko matematyką.
Bo kiedy widzimy, że:

hipoteka kosztuje średnio 5,3% rocznie,

a kredyt odnawialny 420% jak założymy go mieć przez 30 lat,

to odpowiedź jest oczywista.

Kredyt hipoteczny — zwłaszcza długoterminowy — jest najbardziej odporny na wahania kursowe i stopy procentowe.

I dlatego zawsze powtarzałem:
👉 W interesie kredytobiorcy jest płacić jak najniższą ratę i nie         nadpłacać. 

Moje modele finansowe

Model kosztu jednej złotówki

Każda duża kwota to wielokrotność 1 zł.
Jeśli 1 zł kosztuje 5,4% rocznie, to milion też kosztuje 5,4%

Model przesuwania przecinka

1 000 000 zł → 100 000 zł → 10 000 zł → 1 000 złKoszt zawsze proporcjonalny.

Model porównywania kredytów

hipoteczny ≈ 5,4% rocznie

gotówkowy ≈ 9,94% rocznie

odnawialny ≈ 12% rocznie

Model stabilności kredytu hipotecznego i innych

Marża banku jest stała — to jedyny element, na którym bank realnie zarabia.

WIBOR / EURIBOR / LIBOR:

mogą rosnąć lub spadać,

ale nie są zyskiem banku,

ponieważ bank musi te środki oddać dalej instytucji, od której sam pożyczył pieniądze.

Mechanizm wygląda tak:

1. Bank pożycza pieniądze z rynku międzybankowego.

2. Płaci za to stawkę WIBOR/EURIBOR/LIBOR.

3. Klient płaci tę samą stawkę plus marżę banku.

4. Marża jest jedynym czystym zarobkiem banku.

5. Stawka zmienna jest tylko przepływem, który bank                 przekazuje dalej.

Dlatego:

zmienność stóp procentowych nie zmienia logiki kosztów,

bank nie traci, bo jego zysk jest w marży,

klient płaci za rynek + marżę, a nie „za widzimisię banku”.