Frank był wyjątkiem, który mnie zabolał.
Nie dlatego, że się pomyliłem —
ale dlatego, że reakcja Szwajcarów była spóźniona.
Wiem, że gdyby na początku była szybka interwencja, kurs mógł wrócić do 1,50 CHF za euro.
Po roku było jasne, że to już niemożliwe.
Dziś CHF/EUR jest blisko 1:1 — tak, jak pozostanie
Ale jest coś, czego nigdy w pełni nie opowiedziałem.
Zawsze mówiłem: Polska musi patrzeć na euro, nie na franka
Od początku powtarzałem, że Polska powinna spełniać wymogi związane z euro, a nie z frankiem szwajcarskim.
To od relacji złoty–euro zależą nasze stopy procentowe, inflacja i cała polityka pieniężna.Frank nie ma z tym nic wspólnego.
Kiedy jednak odkryłem, że frank jest ściśle powiązany z euro i że Szwajcarzy utrzymują go w stałym paśmie wahań w okolicach 1,50 CHF za euro, stało się dla mnie jasne, że to powiązanie będzie trwałe — niezależnie od tego, co dzieje się na świecie.
Ich wiarygodność była ogromna.
To właśnie dlatego banki masowo udzielały kredytów we franku:
bo frank był de facto „drugim euro”, tylko tańszym w obsłudze i opartym na reputacji Szwajcarów.
Kiedy ktoś mówił mi, że frank jest „stabilniejszy” od euro, tłumaczyłem mu, że to złudzenie.
Jak można mówić o większej stabilności, skoro frank i euro były praktycznie jedną parą walutową?A to, że w złotówkach wahania wyglądały inaczej, wynikało tylko z tego, że kurs nie był 1:1.
Mówimy oczywiście o latach przed nagłym umocnieniem franka do euro.
Wydarzenia związane z frankiem zaczęły się dla mnie już w 2010 roku
To wtedy postanowiłem szukać bezpośrednich informacji u źródła — na stronach szwajcarskich, aby móc na bieżąco obserwować reakcje i komunikaty dotyczące polityki monetarnej.
Kluczowe było dla mnie znalezienie miejsca całkowicie neutralnego, niezwiązanego z żadnymi usługami finansowymi ani sprzedażą. Potrzebowałem czystej informacji, bez interesu komercyjnego.
Tak trafiłem na www.swissinfo.ch — portal publiczny, informacyjny, niezależny, który pozwalał mi śledzić wszystkie sygnały, komentarze i decyzje dotyczące franka.
Nie znałem języka niemieckiego ani francuskiego, ale od tego był Google Tłumacz. Dzięki temu mogłem analizować każdy komunikat, każde ostrzeżenie i każdą zmianę tonu w wypowiedziach SNB.
To właśnie tam, od 2010 roku, widziałem wszystko, co później doprowadziło do wydarzeń z 2015 roku.
I to właśnie te lata — 2010–2015 — stały się dla mnie jedną z najważniejszych.
Jak media najpierw mnie promowały, a potem odcięły
Gdy powstawał portal natemat.pl, zaproszono mnie do prowadzenia własnego konta i publikowania analiz.
Nie było w tym przypadku — na Money.pl miałem bardzo wysoką oglądalność, regularnie trafiałem do polecanych, a moje teksty osiągały większe zasięgi niż materiały wielu redakcji.
To jednak szybko się skończyło.
Kiedy frank zaczął gwałtownie zyskiwać na wartości, gazety przestały brać ode mnie materiały.
W jednej chwili straciłem wiarygodność — mimo że to nie ja się pomyliłem, tylko Szwajcarzy spóźnili się z reakcją.
Nikt nie dał mi prawa do obrony.
Nikt nie zapytał o wyjaśnienie.
Nikt nie chciał słuchać.
Próbowałem tłumaczyć sytuację na swoim blogu na Money.pl, ale wiadomo — to nie to samo, co zasięg „Wyborczej” czy „Rzeczpospolitej”.
Mechanizm był prosty — ale media nie chciały go słyszeć
To, ile płaciliśmy za franka w złotówkach, wynikało wyłącznie z relacji:
CHF/PLN=EUR/PLN dzielony przez EUR/CHF
Frank drożał nie dlatego, że złoty słabł, ale dlatego, że frank zyskiwał na wartości do euro.
Od początku miałem nadzieję, że Szwajcarzy podniosą z powrotem „poprzeczkę” i przywrócą stałe pasmo wahań w okolicach 1,50 CHF za euro — tak jak robili to wcześniej przez lata, najpierw wobec marki niemieckiej, później wobec euro.
Ich wiarygodność do czegoś zobowiązywała.Tak uważałem.
Ale gdy zobaczyłem, że to trwa zbyt długo, a światowe media nie wywierają na nich żadnej presji, postanowiłem napisać na natemat.pl ostry tekst, który miał ich sprowokować do działania.
Zawiodłem się na ich reputacji — i zapłaciłem za to własną.
Artykuł, który zamknął mi drzwi
W artykule napisałem wprost, że ich „wiarygodnością można sobie podetrzeć”.
To była mocna, ale uzasadniona reakcja na ich bierność.
Gdy tylko tekst się ukazał, bardzo szybko dostałem e‑mail:
moje konto na natemat.pl zostało skasowane.
Bez rozmowy.
Bez wyjaśnienia.
Bez prawa do obrony.
Dlaczego mój tekst o franku został usunięty — i dlaczego dziś uważam, że to było odpowiedzialne
Kiedyś bardzo bolało mnie to, że mój artykuł o franku szwajcarskim został usunięty z
natemat.pl..
Dziś patrzę na to inaczej — spokojniej, dojrzalej i z większym zrozumieniem dla mechanizmów, które rządzą światem finansów.
W tamtym czasie panował globalny chaos.
Szwajcarski Bank Centralny od początku wysyłał sygnały, że nie chce nadmiernego napływu kapitału do franka.
Ostrzegali inwestorów, prosili o ostrożność, sygnalizowali ryzyko.
Ale w dobie kryzysu nikt nikogo nie słucha.
Strach jest silniejszy niż komunikaty.
Gdyby mój tekst — bardzo ostry i bardzo precyzyjny — został wtedy nagłośniony, mógłby wywołać efekt, którego nikt nie chciał:
masowe wycofywanie kapitału ze szwajcarskich banków.
To mogłoby doprowadzić do prawdziwego chaosu.
Dziś rozumiem, że usunięcie mojego artykułu było formą ochrony.
Nie przed prawdą — ale przed paniką.
Szwajcarzy skupili się wtedy na stabilności systemu.
I mieli rację.
Gdyby kurs wrócił do 1,50 CHF za euro, kosztowałoby ich to tak wiele, że dziś nie byliby w miejscu, w którym są.
Każdy mądry po szkodzie.
Dziś SNB wie, że w sytuacji kryzysowej trzeba działać natychmiast, bo rynek w panice nie słucha nikogo.
I tę lekcję odrobili.
A co z kredytobiorcami?
Skoro emocje opadły, a sytuacja jest stabilna, uważam, że można wrócić do pytania o sprawiedliwe rozliczenie kredytów frankowych.
Proponuję prosty, logiczny model:
kurs PLN/CHF = (kurs PLN/EUR) ÷ 1,50
To oznacza, że kredytobiorca spłacałby kredyt tak, jakby frank nadal był powiązany z euro na poziomie 1,50 CHF za 1 EUR — czyli tak, jak przez lata utrzymywał to Szwajcarski Bank Centralny.
Różnicę między kursem rynkowym a kursem modelowym mógłby pokryć SNB jako forma rekompensaty za skutki nadmiernego umocnienia franka do euro.
To nie jest roszczenie.
To jest propozycja opartej na logice i pokorze rozmowy o tym, co wydarzyło się w przeszłości — i jak można to dziś uporządkować.
Podsumowanie
Nie mam żalu.
Nie szukam winnych.
Patrzę na tamte wydarzenia z perspektywy czasu i widzę, że każdy — także ja — odrobił swoją lekcję.
Dziś mogę o tym mówić spokojnie, z pełnym zrozumieniem dla decyzji, które wtedy zapadły.
I z szacunkiem dla tych, którzy w tamtym chaosie próbowali chronić stabilność finansową swojego kraju.